Welcome visitor you can log in or create an account

Dopomógł mi różaniec...

Niezwykły rok Był 2001 rok. Leżąc w łóżku – po kąpieli – nagle poczułam, że ciąży mi pierś. Kiedy sprawdziłam, wyczułam gdzieś około dwucentymetrowy guz. Był to dla mnie szok, który całkowicie sparaliżował zarówno moje jak i męża działanie. Mówię o wstrząsie, ponieważ należałam do tych kobiet, które systematycznie kontrolują swoje zdrowie. Niecałe pół roku temu byłam u ginekologa, gdzie miałam badane piersi. Mówiłam więc: Skąd wziął się ten guz?

Zastanawiałam się, jak lekarz badał, skoro tego nie zauważył. Byłam rozczarowana, zła i bezradna. Po moim nieoczekiwanym odkryciu strach obezwładnił mnie zupełnie, nie myślałam trzeźwo. Pomyślałam, że właściwie wszystko się kończy, wszystko, co przynosi radość i szczęście. Po nieprzespanej nocy zaczęliśmy wraz z mężem szukać dojścia do jakiegoś lekarza. To od niego oczekiwałam pomocy i nadziei. Działo się to wszystko w okresie wakacji, z tego powodu trudno było kogokolwiek „złapać”, wszyscy, których znałam, odpoczywali. Szukaliśmy po omacku, bez logiki i w pośpiechu. W końcu dostałam się do lekarza, u którego – jak się później okazało – nie powinnam była szukać pomocy, ale, niestety, nie myślałam wówczas trzeźwo. Zajął się mną ginekolog. Usunął guz, ale go nie oznakował. Z tego tytułu spotkało mnie wiele trosk, płaczu i bólu. Lekarz ten nie dopełnił swoich obowiązków, po operacji zostawił mnie samą sobie i wyjechał, w końcu – mówiąc złośliwie – był przecież czas wakacji. W szpitalu nie wiedziano, co ze mną zrobić, zwłaszcza, że wkrótce okazało się, że są komórki rakowe. Wtedy przekazano mnie na Garbary do Poznania. Dalsze postępowanie komplikował fakt nieoznakowania guza. Na moje szczęście już na Garbarach spotkałam lekarza, który nie tylko mnie operował, ale i wsparł psychicznie, a było nad czym pracować. Roztrzęsiona, czułam się wtedy pod każdym względem medycznie zignorowana, opuszczona i samotna. Lekarz na Garbarach podniósł mnie na duchu, otoczył psychiczną opieką. Mówił: Nie jest tak źle, proszę się nie martwić, będzie dobrze. Dał mi przy tym wyraźnie do zrozumienia, że trzeba amputować pierś. Pozostawił mi jednak decyzję w tej sprawie. Wtedy nie byłam gotowa na takie rozstrzygnięcia. Strach nie pozwalał mi logicznie myśleć, nie wiedziałam zupełnie, jak mam się zachować. Rodzina była raczej przeciwna, lekarz milczał, czekając na moje ostatnie zdanie w tej sprawie. W końcu zdecydowałam, amputowano, badanie wykazało, że są komórki rakowe, ale niezłośliwe. Obyło się bez chemioterapii i radioterapii. Dziś nawet zastanawiam się, czy to wszystko było potrzebne, guz okazał się bowiem hormonalny. Przez okres siedmiu lat jeździłam, kontrolowałam. Mam pełną świado- mość, że pod tym względem niczego nie zaniedbałam ani za pierwszym, ani za drugim razem. Przed operacją na drugiej piersi – podobnie jak poprzednio – systematycznie kontrolowałam swoje zdrowie. Mimo to znowu w 2007 roku werdykt podobny: guz. Spytałam wtedy pani radiolog, jak to jest możliwe, przecież niedawno miałam u nich podobne badanie i zmian wówczas nie stwierdzono, a teraz są widoczne. Niestety, nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie. Bezradnie powtarzałam: Jak wy tu badacie, że dzieją się takie rzeczy? Przez te wszystkie lata systematycznie poddawałam się kontroli, nie raz w roku, lecz co trzy miesiące. Rzeczywistość była okrutna, kontrola mammograficzna wykazała siedem zmian. Znowu byłam w szoku, nie potrafiłam wyjść z gabinetu. Uważałam, że to zaniedbanie ze strony pracowników medycznych, ja dbałam – jak już mówiłam – nie miałam sobie nic do zarzucenia pod tym względem. Coś nie tak było robione. W 2007 i 2008 roku choroba była jak gdyby uśpiona, ja też nie myślałam rozsądnie, należało bowiem zaraz zdecydować się na automatyczną amputację. Natomiast ja czekałam. Wkrótce miałam przerzut pod pachę, choroba zaatakowała węzły. Nie było już na co czekać. Przeszłam drugą amputację, potem chemioterapię i radioterapię. Ciężko to wszystko przeżywałam. Zabiegi bardzo mnie osłabiły, ich skutki czuję do dziś, mam dolegliwości żołądkowe i trawienne, a nawet kręgosłupowe, drętwieją mi ręce. Są to uboczne skutki, na które nie mam wpływu. Nie narzekam, staram się sama jakoś sobie pomóc. Wiem, że muszę z tym żyć, myśleć pozytywnie, cieszyć się każdą chwilą, każdym dniem. Żyć dla męża i syna, którzy przy mnie trwali w najgorszych chwilach. Chcę wyraźnie zaznaczyć, że od 2001 roku do chwili obecnej w mojej chorobie bardzo pomaga mi Bóg. Gdyby nie głęboka wiara, którą mam, sądzę, że nie dałabym rady psychicznie. Były momenty załamania, wydawało mi się, że lepiej z sobą skończyć, niż to wszystko przeżywać. Pewne wydarzenie sprawiło jednak, że oprzytomniałam, poczułam pomoc i zrozumiałam, że tak naprawdę, nigdy nie byłam sama. Po chemioterapii i radioterapii – lekarz zaproponował mi roczną terapię herceptyną, to miała być dodatkowa ingerencja na wypa- dek, gdyby zachowały się jeszcze jakieś złośliwe komórki. Poddałam się zabiegom, ale napotkałam na poważny problem – żyły już nie przyjmowały igieł. Narodowy Fundusz wymusił na lekarzach, choć nie było to prawnie wymagane, że przed każdym przyjęciem herceptyny, Amazonki musiały mieć pobieraną krew. Moje żyły już po prostu odmawiały posłuszeństwa, były pozatykane. Bolały mnie ręce, zaproponowałam, aby podali mi kroplówkę w nogi lub za stosowali system wlewczy. Lekarze rozkładali bezradnie ręce, nie mogli.

Wtedy wzięłam do ręki różaniec i zdecydowanie poprosiłam pielęgniarkę o ostatnią próbę wbicia się w żyłę. Różaniec mi dopomógł, od tej chwili nie miałam żadnych problemów ani z badaniem krwi, ani z podaniem herceptyny. Jeździłam cały rok na tzw. małą chemię, dzięki Bogu do tej pory jakoś funkcjonuję, cieszę się życiem, pomagam innym. Staram się podnosić na duchu koleżanki. Każda z Amazonek inaczej reaguje i inaczej przeżywa swoją chorobę. Kiedy przychodzą do nas, przeżywając początek choroby, po prostu pozwalam im płakać, przytulam i milczę. To wszystko, co możemy sobie dać w takiej chwili... Rok 2001 był ciężkim okresem, chłonka schodziła mi tak mocno, że mąż musiał jeździć ze mną do Poznania codziennie. W Kępnie nikt nie chciał podjąć się tego zadania. Ręka mi puchła, miałam przykurcze i bóle. Podróże te wyczerpywały mnie do ostateczności. Szukając pomocy, przypadkowo trafiłam do Kasi Rogalki z Ostrowa Wlkp. To ona pouczyła mojego męża, jak trzeba masować.

Czułam, że w Kępnie Amazonki muszą zacząć sobie pomagać. Któregoś dnia, czekając w Ostrzeszowie na orzeczenie o grupie niepełnosprawności, spotkałam kępniankę, z którą postanowiłyśmy podjąć działania, aby pomóc innym i sobie. Coś trzeba zrobić, aby kobiety – w takich sytuacjach – były mniej zagubione, aby nie jeździły i miały szanse na masaż – myślałam. Zaczęłyśmy szukać pań, w takiej samej sytuacji jak nasza. Dzwoniłyśmy do znajomych, rozpytywałyśmy i się udało, niebawem zaczęłyśmy stanowić grupę. Wkrótce Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie pomogło nam znaleźć masażystę. Grupa rozrastała się, kobiety były szczęśliwe, że nie są same. Wspierałyśmy się nawet wtedy, gdy natychmiast musiałyśmy opuścić lokal przy ulicy Wawrzyniaka 39. Nic nie było ważne jak to, że jesteśmy razem. Mogę więc śmiało powiedzieć, że byłam jedną z założycielek kępińskiego stowarzyszenia. Gdyby tylko ludzie okazali się w tym okresie lepsi, może ten czas – z dzisiejszej perspektywy zaliczyłabym do znośnych. Niestety, tak nie było. Po trzeciej chemii miałam całkowite załamanie, mówiłam mężowi, że nie chcę walczyć, chciałam, aby przestał mnie męczyć. Nie wymęczała mnie chemia, nie... tylko ludzie. Ludzie byli potworami. Potrafili jechać samochodem i wychylać się z okien na mój widok. Nie potrafiłam założyć peruki, więc uznałam, że będę chodzić w chusteczce. Każdy na mnie patrzył z uśmiechem. Latem w chustce – mówili – cudaczka. Nawet nazwano mnie nawiedzoną. Nie byłam gotowa – jak każdy – na pokazanie łysej głowy. Nikt mi nie chciał wierzyć, że otoczenie tak reaguje. Kiedyś szłam ulicą z siostrą i mijał nas samochód, którego kierowca aż się wychylił z okna, gdy zobaczył mnie w chustce na głowie, wtedy uwierzyła. Do tej pory ludzie nie rozumieją choroby nowotworowej. Jakiś miesiąc temu rozmawiałam z panią, która ma brata chorego na raka. Opowiadała mi, że jak postanowiła przywieźć go do domu, to usłyszała: Po co ty to chcesz zrobić, przecież on nas zarazi. Niestety, jesteśmy jeszcze daleko w tyle, żeby zrozumieć, czym jest rak. Ludzie niejednokrotnie w ogóle nie przyznają się do tej choroby, boją się raka, my to rozumiemy. Dziś mówi się nam, że jesteśmy zdrowe, ale cały czas drżymy o to, jak długo tak będzie. Nie chcemy litości od nikogo, prosimy tylko, żeby nie robić z nas dziwaków, odszczepieńców albo nie twierdzić, że jesteśmy kobietami goniącymi za rozrywką. Ludzie często, komentując nasze spotkania i rehabilitacyjne wyjazdy, mówią: Przecież wy jeździcie się tam tylko bawić. Nikt jednak nie chciałby przeżywać tego, czego my doświadczamy i też nikomu tego nie życzymy. Trzeba starać się być przede wszystkim wyrozumiałym, nie oceniać, mniej komentować. Niech każdy żyje, jak chce, ale pamięta przy tym, że życie lubi płatać figle. Na szczęście, wokół nas jest też sporo życzliwych ludzi. Ponadto mamy Dankę i z tego się cieszymy, mamy stowarzyszenie, które nas jednoczy. Bóg doświadczył mnie bardzo, mówię sobie, że widocznie tak miało być. Może zabrzmi to nielogicznie, ale choroba nowotworowa, z którą się zmagałam, w pewnym sensie mnie wzmocniła. Dzięki niej zrozumiałam, że należy tak zorganizować życie, aby każda chwila była ważna...

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.